![]() |
|
2010 |
Nie oglądaj się za siebie bo życie jest przed Tobą ;) we wstępie należy zaznaczyć, że tytuł pochodzi od Kubunia Kubusia Kuby "Quki" Kawalca, wokalu pięknego ukochanego mego Happysadu. prawdziwa moja piękna platoniczna miłość przesycona uwielbieniem objemująca Agę i Franka! bo prawdziwa miłość nie zna zazdrości :) zdarzyło mi się ostatnio powiedzieć, że chcę się przestać zastanawiać, a wreszcie zacząć żyć. zdarzyło mi się wtedy usłyszeć zapytanie, czy aż tak się nad tym zastanawiam. nie. nie zastanawiam się już prawie wcale. dobrze i źle jest się o czymś przekonać. dobrze, że tak szybko, choć chyba można było wcześniej. źle, że w ogóle musiała pojawić się ta konkluzja. ja przecież żyję, ja żyję! znów cytując Kubusia. za dużo we mnie radości, pasji, spontaniczności. i niechęci do wszelkich ram, reguł, na siłę konwencji, napinania. ja to pieprzę. mnie to zbędne. uciekam. rozmowa, jak się okaże ostatnia, pokazała jarmark próżności i pozwoliła dobitnie zrozumieć mnie, co jest nie tak. dlaczego czułam się tak niekomfortowo, dewaluowałąm i nadwyrężałam siebie. przyglądałąm się z rosnącym zdziwieniem i niechęciom swojemu odbiciu w pewnych oczach. nie wierzyłam, że tak to wygląda, że tak ja wyglądam. powtarzałąm, udowadniałam jeszcze bardziej nie mogąc uwierzyć w to odbicie. obudziłam się rano, otworzyłam oczy i zdałam sobie sprawę, że żadne to odbicie, żadne prawdziwe. to był gabinet krzywych luster. krzywe lustra pewnych oczu, wynikłe krzywych myśli pewnego umysłu. nie będę oceniać, przestałam już tak bardzo ocenna być. skupiona raczej na sobie. w pełni otwarta na innych. partenon. jestem kobietą która umie budować wiele realcji. kobietą, która nie chce już ich nazywać jeśli na nazwy nie zasługują. jeśli nie czujępotrzeby nazywania, definicji. elsatyczność dostąpiła poziomu zniekształcenia, a ingerencja coraz bardziej i bardziej wchodziła w moją przestrzeń, czyniąc zawoalowane próby jej opanowania i przekształcenia na swoją modłę, na wzór i podobieństwo zniekształconych myśli. obudziłam się, jak z koszmarnego snu, którego kompletnie nie mogłam zrozumieć, a który nagle po otworzeniu, odczytaniu sennika utworzył jedną, jasną całość. obudziłam się niedowierzając, ale prawda nagle sama zaczęła kształtować sięprzed moimi oczyma. przetarłam oczy, zmyłam z twarzy resztki snu. spojrzałam w lustro. zobaczyłam siebie, poznałam w nim siebie. prawdziwą, odkształconą, naturalną, tę którą znam. oczywiście! wszystko stało się jasne. to był tylko i aż gabinet krzywych luster pewnych zimnych oczu. ten poranek to był koniec. wszystko prysło jak bańka mydlana, rozbiło się w drobny mak jak krzywe zwierciadło. ja nie potrzebuję słyszeć "kto jest najpiękniejszy w świecie, powiedz przecie" i już nigdy nie pozwolę z siebie robić głosu z krzywego zwierciadła. jestem wolna. szczęśliwa! pragnę czegoś bardzo, bardzo mocno! i jeśli to ma być moim szczęściem to przyjdzie i da mi wszystko co najlepsze! przyniesie rozwój, świeżość, nowość, doświadczenia i ogrom oczekiwanej radości! i będę się tym dzielić, i będę czerpać ze świata garściami! patrząc już tylko we włąsne odbicie, tylko tego kawałka szkłą, któe wisi w mojej łązience. w żadne inne, szczególnie w cudze oczy. i nie jest mi przykro. taka już jestem. kończę pstryknięciem, kiedy przychodzi czas. i nie jest mi przykro, bo tak już jest, że życie jest przede mną, więc nie oglądam się za siebie. cześć! poplatanyumysl 2010-02-07 19:34:18 skomentuj (0) slang. i regularna podróż w czasie! jestem chujowa. miło tak czasem móc poprzeklinać bez obaw i krępacji. a jutro przyjeżdża Piotruś! a dzisiaj przyjechał Misio! i byłam z Kasią na fitnesie! i zrobię dużo jeszcze nauki! a jutro się najebiemy! i będziemy fruwać! i będzie zajebiście! tralalalala! a wcześniej pójdziemy na łyżwy i z Kasią na solarę, bo jesteśmy puste pindy i dobrze nam z tym! :D poza tym nie mogę więcej opuszczać się w nowościach wydawnictwa asfalt, ponieważ dowiaduję się przy okazji wyjścia nowej płyty guru muzyki której hołduję, że wyszła między nową, a tą którą mam jeszcze jedna płyta. i muszę się z tym czuć tak chujowo, jak się czuję, ponieważ jest to grzech wielki i śmiertelny, i tylko Piotr może mnie rozgrzeszyć... a jak się dowiem, że za karę kary nie będzie to już moja dusza pognębiona będzie na wieki i po całości! i jak tak sobie myślę, jak Kasia reaguje na opowieści o opowieściach, o nowych trendach w modzie, żałobie, to się zaczynam trochę zastanawiać. ale w sumie zarządzam break time i dobrze mi z tym. potrzebuję powrotu do korzeni! żeby nie zwariowaćw tym świecie łódzkich nieludzkich wypaczeń. świat wyjątkowo normalny mam tu! od lat! kocham. kocham. kocham!!! będzie picie. będzie życie. będzie 3f!!!!!!!!! i oby to się nigdy nie zmieniło. trochę squad jak z 4 wesel i pogrzebu. ciekawe kto jest moim wydaniem kaczego nosa, czy jak jej tam było :D no, chłopcy, który chętny?! :D poplatanyumysl 2010-02-04 00:15:52 skomentuj (0) prych! jest sesja. jestem sfrustrowana. wiec robię się nieznośna. i wkurza mnie to. przepraszam, że pozwalam swojąfrustracjęodczuć. czuję się z tym jeszcze podlej! koniec więc! pora organizować życie, trzymać się planów i być zadowoloną z siebie!! samo się nie nauczy!! umartwianie samo się zrobi, więc nie ma sięco nim zajmować, tylko przejść do rzeczy bardziej stunning. au revoir! poplatanyumysl 2010-02-03 14:06:35 skomentuj (0) bezgranicznośćwyjątkowości stanówizdarzeń. 00.15-8.15 nie, nie wyciąg z rozkładu pkp. to podsumowanie rozmowy telefonicznej. bijemy rekordy. swoje własne. pogratulować! 1:1 ja zasypiam w rozmowach na żywo, on przez telefON ale żeby 8 godzin?! postanowienia i zobowiązania: -nie będę się więcej niespodziewanie rozłączać w czasie rozmowy -do zaliczenia egzaminiów 'obu oboje' rozmowy i wszelkie inne formy kontaktu nie dłużej niż 10 minut dzeinnie -właściwy weekend spędzony na konsekwentnej i restrykcyjnej nauce -8 zaliczę ćwiczenia z handlowego -do 1 marca zamkniemy sesję -kolejny weekend po naukowym pozostaje kwestią naszej woli, nie zobowiązań bezgraniczność wyjątkowości stanów i zdarzeń. nieogarniam. poplatanyumysl 2010-01-31 17:43:58 skomentuj (0) celebracja niedoskonałości. nauka na czilałcie, a więc... dom basen sauna długie spacery pyszne jedzenie świeże powietrze muzyka do nastroju wyłączany telefon wypady po kawę wypady na kawę rozwój kompletny i komplementarny i nie wiem, czy jest to dobre rozwiązanie. i może wyjdzie mi na złe, że tym razem się wysypiam, jestem odprężona, budzę się i zasypiam z uśmiechem. może powinnam się denerwować, przyciskać, pociskać, bać, isteryzować. w szaleństwie przez 4 lata była 'jakaś' metoda. wolę chyba jednak metodykę spokoju. pasuje mi do tego to fińskie otoczenie. mnóstwo śniegu, zaspy, zimno. moje wielkie swetry i wielkie buty. moje ksiązki o filozofii niedoskonałości. książki o życiu. włóczki, druty. jest mi dobrze. dobrze. tak jak być powinno. tylko jeszcze przydałyby się drewniane, stare ściany domku jak w Oslo i wieczorami kominek dla momentów jak ten. spokój, skupienie, celebracja. potrzebuję tego starego pokoju jeszcze tylko. jeszcze to jedno, żeby uświetnić i uświęcić tę atmosferę... proszę, niech się uda. bardzo Cię o to proszę. powiem Ci o tym jeszcze dziś wieczorem i jutro rano. i jeszcze tak trochępewnie będę mówić. zrozumiałam, że zależy mi na tym, jak na mało czym materialnym teraz. to będzie doskonałe wypełnienie, doskonałes otoczenie, perfekcyjne atmosfera i miejsce. proszę, pozwól mi. to moje miejsce. i zauważ, że nie wzywam imienia Twego na daremno, to powinno się docenić... B! no, proszę! wracam do świątyni wiedzy. czerwone biurko, białe kartki, czarne litery, moje notatki. cały świat. poplatanyumysl 2010-01-30 20:54:00 skomentuj (0) Pożegnanie, którego nie było. które zniknęło. którego nie będzie. Historia pewnych wakacji. Z jakiejś racji mój piękny, długi wpis od tych słów się zaczynający, zamkniety i zakończony, czytany przeze mnie przed publikacją, jak rzadko który zamknął się przed opublikowaniem. Zbyt był jednak ważny, żeby zostawić go bez wspomnienia, odtworzenia treści. Ważnych. Pięknych. Moich. i nie tylko. Było ciepłe lato, choć czasem padało. Nie przypomina sobie szczególnie wiele wina, choć nie powiedziałabym też, że nie było go wcale. Spało się tyle, ile było potrzeba. Jak w sam raz. Więc odwrotnie jak w piosence. Mieszkałam wtedy w Warszawie. Chodziłam na francuski. To był sierpień, kiedy bardzo dosłownie straciłam przytomność umysłu po raz drugi, po lipcu, czy może czerwcu, kiedy straciłam ją po raz pierwszy. Nie wiem, w zasadzie dlaczego teraz sobie o tym przypomniałam. Może dlatego, że dostałam piętno, czy może namaszczenie obawy problemu społecznego. Upalny poranek, dwa przystanki od domu, choć trasa docelowo dużo dalsza, opiewająca stację metra. Dziarski krok, o poranku dużo lżejszy niż popołudniowy, czy zupełnie już ciężki w nocy, na kilka długich momentów przed zaśnięciem. Boczna uliczka, brama, blok C, czy B, już nawet nie pamiętam. Winda, albo schody na drugie piętro. Recepcja. Pokój zabiegowy. Dzień kontroli i poboru, a więc nie tylko ja i Pani Pielęgniarka, ale jeszcze Pan Lekarz. Pytał mnie szczegółowo,zaskakująco wnikliwie. Powiedział kilka szybkich słów, niewyraźnie, zabrał sięza wypisywanie skierowań i recept. Jego ton, profesjonalny, błyskotliwe oczy i spostrzeżenia. Wiedziałam, co chce mi powiedzieć, ale dlaczego miał mieć ten komfort przemilczenia? Dlaczego miałąm nie zapytać, po co snuć domysły, któe u mnie kończą się zawsze czarnym scenariuszem. Zapytałam, co to oznacza. Wyjaśnił. Wskazał cel każdego z wypisanych na karteczce badań. Prosił żeby nie bagatelizować. Podkreślał, że ostateczną odpowiedź dadzą wyniki badań, że póki co to równie dobrze może być grypa, że nic jeszcze nie jest przesądzone, ale prosił, żeby nie bagatelizować. Zapytałam, co jeśli tak? Trzeba będzie pobrać leki - to powiedział na pewno. Nie pamiętam, czy coś jeszcze. Dowiedziałam się potem, jak dobrym jest lekarzem. Jak rzadko się myli w stawianych diagnozach. Dowiedziałam się też o dziewczynie, która zbagatelizowała. Wróciła po pół roku z zaatakowaną większością węzłów chłonnych. Wtedy myślałam, że znaczy to tyle, że napuchła i leczenie było po prostu dłuższe. Nie wiedziałam, że zaatakowane węzły to wolna droga, autostrada cała, dostępu na cały organizm. Podziękowałam. Wyszłam. Autobus. Wszystko jakby przytłumione, beznamiętne, bezemocjonalne. Zaniepokoiłam się niepunktualnością jaka mnie czeka. Dzwonić, czy nie dzwonić? Zadzwoniłam. Zapytałam, czy w Skarżysku można zrobić takie usg, poinformowałam, że przyjadę na weekend zrobić badania krwi i rentgen. Diagnoza? Zielenica, ziarnica, niewiem, mówił niewyraźnie. Nie chciałam mówić nic więcej. Sprytna, sprawdziła w internecie. Na francuskim powiedziałam, że nie lubię szpitali. Już wtedy opanowała mnie złość, bo się spóźniłam i jeszcze na głowie te wszystkie badania. Koniec zajęć. Dziesieścia nieodebranych połączeń od tego, z któym właśnie wszystko się kończyło. Oddzwoniłam. Jadłaś już coś? - zapytał. Jak miło, pomyślałam. Pewnie coś przygotował, albo skoczymy gdzieś na lunch. Nie, opowiedziałam. To dobrze. Udało mi się załatwić usg, na 13.30 - jeśli dobrze pamietam - wytrzymasz? Otworzyłam usta. Skąd wiesz? Twoja mama nie mogła się dodzwonić, nie mogłabyś go zrobić u siebie, a tu jest specjalistyczna przychodnia. Spółdzielnia lekarska, na przeciw miejsca w które namiętnie chodziłam, z tym z którym wtedy wszystko się zaczynało. Poczekalnia. Sporo kobiet w ciąży, jak to przed działem z usg. Był wtedy taki moment chyba, moment obawy, co jeśli okaże się, że tak, a 'leki', które będę musiała brać nie pozwolą mi przyjść na takie usg jak mają one. Choć śmiałam się też w myślach, że pewnie myślą, że ja w tej samej sprawie, a obok mnie przyszły tatuś, który bardziej wygląda jak młodszy brat. Wolę młodszych, tak mam. Zaniepokoiłam się tylko, kiedy ostatnio w tramwaju obejrzałam się za licealistom...a moja mama uznała, że nie widzi w tym nic złego, zdrożnego... wychowanie. Pan Doktor nałożył na mnie swoje żele, głowice i co mu tam jeszcze było potrzebne do tego, żeby przyglądać się mojej śledzionie, wątrobie i kilku węzłom chłonnym. Zapytał o przyczynę. Powiedziałam. Stwierdził, że nie widzi niczego, co mogłoby wskazywać. Przesądzający będzie jeszcze rentgen. Wyszłam. Chyba nie oddychałąm z ulgą. Nie wiem, stale to dla mnie takie nierealne. Sen, który śnił się w pewne popołudnie. Weekend. Rentgen i badania krwi. Pierwsze nie wykazało niczego niepokojącego poza lordozą, kifozą, skoliozą, czy whatever, no i niedoleczonym zapaleniem płuc - bezobiawowym, należy dodać. Drugie zmusiło do brania tabletek, ale witaminowych, więc bez porównania. Na umówioną wizytę kontrolną nie poszłam. Komplet wyników był dla mnie zwycięzki. Zgłosiłam siępo wynik posiewu. Akurat była Pani Pielęgniarka. Rozmawialiśmy o Pani wczoraj, baliśmy się, że Pani więcej nie przyjdzie. Fajna jestem, pomyślałam, stęsknili się. Nie ma sięco dziwić, w poradni chirurgicznej znacząco odstawałąm z wiekiem. Byłam niczym niemowle w tamtejszym towarzystwie. Choć trochę zaniżyłam średnią wiekową. Posiew coś wykazał. Nie pamiętam. Wyszłam i pewnie wróciłam do domu, albo poszłam na francuski. Nie mam już ulotnej atmosfery pierwszy raz pisanego wpisu. A za drugim to jużzawsze gorzej, ale może właśnie takie miałam wyczerpać przesłanie? Pisałam za pierwszym razem o tym, jak chłopak z którym wtedy się zaczynało o mnie dbał. Jak dawał mi poczucie bezpieczeństwa, przynosił jedzenie i leki, jak przychodził po pracy niezauważając zmęczenia. Poświęceał się nie poświęcając, bo dokonywal wyboru, bo tak chciał, bo chciał być przy mnie, dbać, dawać, być. Najważniejsza byłam ja, spotkanie ze mną. Dlaczego później to wszystko się zmieniło? Dlaczego każda godzina telefonu byłą zła, każda chwila na rozmowę nieodpowiednia. Przed pracą, w pracy, po pracy, permanentne zmęczenie, niechęć? Dlaczego? W tamte wakacje, ponad dwa lata temu nic nie było ważne, nic nie stało na drodze, było bez przeszkód. Środek nadranka, półgodzinny spacer po to tylko żeby przespać ze mną tych kilka godzin, żeby razem zasnąć. Nadszedł czas na Twoją przestrzeń. Kiedy ją pisałam za pierwszym razem była piękna i opisywałą piękne chwile i wierz mi, starałm się, a wszystko co pisałam płynęło z serca. Pisałąm i płakałam żegnając się z Tobą na dobre. Ucieszyłby Cię ten wpis i też byś płakał. Dziękowałam Ci w nim. Za wszystko. Za całę piękno, jakie mi dałęś, za miłość, złość, nienawiść, morze, jezioro, noc, dzień, śnieg, łzy, śmiech, radość. To było najpiękniejsze, co od dawna udało mi się stworzyć. Pisałam Ci, że nie chciałam patrzeć jak piejesz o toksyczności, jak zawodzisz, że uciełam wszystko chirurgicznym cięciem, jak pokazowo dobrze się bawisz. Nie chciałam i nie chcę na to patrzeć. Wystarczy już, że zbyt często zbiegają się okoliczności i okazje kiedy muszę o tym słyszeć. Ciekawe doswiadczenie, do perfekcji nauczyłam się chłodnego tonu kończącego jak gilotyna takie wątki. Wątki Twoje, o Tobie. Nie pozwolę mówić o Tobie źle, nie pozwalam mówić o Tobie wcale. Kocham Cię, kurwa, strasznie. Pisałam, jako wstęp do pożegnania, którego nigdy nie mieliśmy. Ta miłość była piękna, czysta, szczęśliwa, prawdziwa. Nie pozwolę nikomu mówić inaczej. Toksyny były w nas. Tylko jeden akapit słów dla Ciebie, choć w oryginale były co najmniej trzy, co najmnije tak długie, o wiele piękniejsze. Wiem, że umiem budzić łzy, tamte by obudziły je też w Tobie. Wiem, że te takie nie są, bo już w tamtej wiadomości Tobą pożegnałam. Mam nadzieję, że wybaczysz mi niepełność tego 'dzieła'. CZy wystarczy, że jest ono dla Ciebie? Już pora na Twój akapit, akapit dla Twojej milczącej obecności tu. Stałej. Obserwator, czy Anioł Stróż? Zapytałam siebie? Obserwator. Opowiem Ci, jak namalowałam nasze pożegnanie. Nie umiem Ci go oddać takim, jak było na początku, przepraszam. Chyba najbardziej sama siebie, bo było najwspanialszą rzeczą jaką mogłam Ci dać. Jaką chciałam Ci dać. Wydarzyło się. Teraz już mogę Ci tylko o nim opowiedzieć. O pożegnaniu, na któe zasługiwała ta miłość, a którego nigdy jej nie daliśmy. Niedoceniona. Chciałam tak bardzo stać na przeciw Ciebie, zapłąkana, jak wtedy, kiedy odwróciłam się na pięcie. Wtedy mogłabym powiedzieć Ci tylko 'nienawidzę Cię'. Pożegnania mają to do siebie, że można odwrócić się na pięcie. Stać na przeciw Ciebie, spojrzeć Ci w oczy, powiedzieć swojąkwestięsprzed kilku linijek, powiedzieć 'tak strasznie Cię, kurwa, kocham'. Poczuć Twoje objęcia, pocałunek w człoło. Zostawić na Twojej koszuli kilka swoich łez. Odwrócić się, zamknąć za sobą drzwi, wyjść. Takie pożegnanie po milionie ciepłych słów, które przelałam na ten wirtualny papier sobie wirtualnie zafundowałam. Nie ma w tym teraz takich emocji i żałuję, bo zbędziesz je pewnie obojętnością, która towarzyszyła nam przez długą drogę w dół. Jak to się stało? Że miłość, czysta, prawdziwa tak się rozpłynęła? Straciłam kogoś, kogo kochałam. Straciłam prawdę. Straciłam przyjaciela, któego już nie pamiętam, do którego nie umiałabym wrócić. Zostały mi wspomnienia najczystszej miłości, nie pamietam tej długiej drogi w dół, która nastąpiła po niej. Poza kilkoma wybrykami nie mam do Ciebie odrobiny nawet żalu. Dla Twojej pewności znam swoje błędy, wiem, jak było ich wiele. Nie żałuję rozstania. Ono najbardziej rozwija. Dziękuję Ci za wszystko. Za całą naukę jaką mi dałeś. Za wspomnienia, których piękno jeszcze długo będzie mnie wzruszać. Za bliskość, za ciepło, za zrozumienie i nieporozumienia, za śmiech i łzy, szaleństwo. Dziękuję Ci. Tak dawno nie używałam Twojego imienia... A.Ha! Z dedykacją już prawdziwie prawdziwą, z atmosferą pierwszego i oddanego wpisu, żebyś dowiedział się, że wcale nie byłam tak zła, że aż było mi wszystko jedno. Wcześniej niechcący dopisałam zakończenie tej historii, które budziło łzy i wrażenia, jak to poniżej. "ja i on" - 27.07.2009 On wciąż się nie przedstawił, więc napiszę coś o 'nas' - zwłaszcza, że za pół godziny minie czas w którym powinnam przerobić temat "Dochodzenie" z postępowania karnego, a którego jeszcze nie zaczęłam... ale mam nadzieję, że bardzo od tematu "Śledztwo" się nie różni - zwłaszcza, że na mocy art. 325a przepisy stosuje się odpowiednio.... to później. Poznaliśmy się 2 lata temu z hakiem, dużym, półrocznym hakiem. Poznaliśmy się więc 2,5 roku temu. Pamiętnie. Na schodach, na wyjeździe, on szedł w górę, ja w dół. On z moim kolegą, kolegą kolegi w którym się wtedy dłużyłam. Ja z koleżanką. Po prostu. Mijamy się, spojrzenie w oczy. On roześmiany, trochę już pewnie pijany. Zabawny, pocieszny. Słyszę nagle, coś w stylu "Natalia...zaczekaj...muszę Cię przytulić" ! Spojrzałam na Ankę zaskoczona, z lekkim politowaniem i rozbawieniem, po części zaskoczeniem, bo przecież nie znałam go wcześniej, a on do mnie po imieniu nagle. Przytulił mnie. Każde z nas poszło w swoją stronę, ja wpatrywać się w tego, o którym wtedy myślałam i którego tyłka pilnowałam. On...też na pewno gdzieś poszedł. Po powrocie standardowo, prawie licealnie, choć wtedy w modzie było gadu-gadu...tak więc, standardowo- wiadomości na gronie. Dużo wiadomości, różne wiadomości, pocieszne i zabawne. Życzenia urodzinowe, wymiana telefonów, niewinne flirty, które miały nie być jak flirty odbierane. Potem spotkanie w Warszawie. Wieczór u Igi i noc. Masa zdjęć z tego wieczoru została. Świetnych zdjęć, które długo były dla mnie jak tabletki na uspokojenie. Mnóstwo śmiechu i rozmów. W końcu sen. Miałam spać z Igą, spałam z nim. To jej sprawka, jestem pewna, położyła się podle na mniejszym łóżku, nam ścieląc większe....Położyłam się na skraju, całe łóżko było jego. Mógł mnie nawet nie zauważyć. Nie chciałam, żeby myślał, że się narzucam, że coś musi, że czegoś chcę. Choć kiedy przywitał mnie pocałunkiem w usta, tego wieczoru, Iga szepnęła mi, że tak nie zachowuje się facet, który niczego nie chce, w stosunku do zwykłej koleżanki. Przysunął się. Poczułam jak jego ramie obejmuje moje ramiona, przytulił mnie i sam przytulił się do mnie. 2 lata temu, ponad, to sprawiło, że byłam rozpromieniona. Dziwi mnie, że pokój się nagle nie rozświetlił. Byłam tak szczęśliwa, bezpieczna, zakochana...Rozmowy, pocałunki. Na zmianę. Wspaniałe rozmowy, o niczym, ale wspaniałe. I pocałunki. Pierwsze, delikatne, miękkie, z zamkniętymi oczami, nocą, w cudzym łóżku i cudzym pokoju. Najbardziej wyjątkowe kiedykolwiek. I jego słowa, po chwili ciszy, ciszy złowieszczej, choć subtelnej, po której wiedziałam, że usłyszę coś złego, nie wiedziałam, że aż tak... "Mam dziewczynę" wyszeptał, a ja chciałam krzyczeć. Chciałam wyjść. Wstać i wyjść. Iść. Nie krzyczeć. Tylko wstać i wyjść, zniknąć. Opanowałam się, powiedziałam mu, żeby nacieszył się tym, co się teraz wydarzyło, bo to się więcej nie powtórzy. Osłabiło mnie, kiedy zupełnie nic nie rozumiejąc zapytał "dlaczego?". Nie chcę myśleć, co on wtedy o mnie myślał i jak mnie traktował, szczególnie po tym pytaniu... wróciłam do domu o 6 rano, wykąpałam się, wracałam z klasowym Bratem do domu. Płakałam pół drogi. On jest opanowany, konkretny, już wtedy pracował. Kazał mi zapomineć. Kilka dni później była Wigilia. Pamiętam, że pisał mi jeszcze coś tego dnia. Chyba, że miałam napiać, kiedy dotrę do domu, a nie pisałam. Chciałam żeby się przejął. Chciałam się już nie odezwać, chciałam żeby myślał, że umarłam i zeby mu było wszystko jedno... Minęły święta i Sylwester, rozstał się z nią... powiedział mi, a ja mu współczułam. Szczerze. Już wtedy zaczął się proces w mojej głowie, który mozna nazwać "nieumiejętnością oczekiwania od niego" , który przerodził się w "nieangażowanie się". Przyszły ferie zimowe. Ferie w Warszawie. Tydzień z nim. Nie bez przerwy i nie tylko z nim, ale z nim. Poranek, kiedy przyszedł do mnie z lizakiem. Tradycyjnie robi mi taki mały prezent do tej pory, mimo że ja niezmiennie za lizakami nie przepadam - dbałość o zęby. Wtedy jednak było mi strasznie miło. Znów mnie przytulał. Druga baza, my, bez koszulek, u mojego brata. Byłam umówiona. Na tym punkcie się skończyło. Z resztą i tak nie zaszłoby dalej. Odprowadzał mnie, łapał za rękę, przyciągał do siebie i sadzał na kolanach, przytulał. Dałam mu drugą szansę, o którą nie prosił, uznałam, że zrozumiał co zrobił i się zmienił, mimo że tego nie powiedział. Impreza moimi przyjaciółmi. Z Igą i z Bartkiem. Moze to obecność Igi tak źle na niego wpływa. Odważyłam się, zapytałam, co z nami dalej. On stwierdził, że nie ma między nami chemii, że mnie lubi, ale tylko tyle, że nic poza zwykłym koleżeństwem między nami nie ma. "Najłatwiej zawód zmienić w złość" cytując Wankeja. Dowaliłam mu konkretnie, myślę, że go to zabolało. Chociaż wiedziałam, że on wie, że mi dowalił o wiele bardziej i to doprowadzało mnie do furii. Sprzeczność tendencji we mnie sprawiła, że po wyjściu z klubu siedzieliśmy na Centralnym, w pizzerii jeszcze ze 2 godziny... nie umiem się rozstawać, przeraża mnie nieuniknioność. Nie umiem tracić, nawet jesli wiem ,że powinnam. Taka cecha, jak widać mam ją już długo. Nie wiem, czy od zawsze, raczej pewnie nie. Toksyna jakiegoś związku wyryła we mnie ten schemat, nawet domyślam się którego (dzieki, Kamil) i nie do końca wiem, jak ją zwalczyć, bo nie do końca wiem, co wtedy czuję i kompletnie nie wiem o co mi chodzi i czego chcę. Chociaż nie, chcę wtedy nagłego zwrotu akcji, przebłysku w jego głowie i zrozumienia "wybacz, zależy mi na Tobie, bądźmy razem"... nie zdażyło się. Zdarza się, kiedy jestem zimna i zdecydowana. Dlaczego ludzie tak cholernie lubią być traktowani jak śmieci, przedmiotowo? Dlaczego dopiero wtedy doceniają?! Niepojęte! Wróciłam więc znowu jak zbity pies do warszawskiego domu, rano czując jakby toczyła mnie choroba zadzwoniłam do niego. Kazałam mu przyjechać na kawę do Centrum. Kazałam. Nie obchodziło mnie już wtedy, co on będzie myślał. Wiedziałam, że będzie myślał, że jestem kompletną kretynką, ale chciałam go zobaczyć. Chciałam się pożegnać, czując nieuniknioność tego, co we mnie nastąpi. Przyjechał. Wściekły i zaspany. On pił kawę, ja grzane wino - o 11 rano! Pożegnaliśmy się, wróciłam do domu. Dzwonił do mnie czasem, kiedy miałam handrę i widać to było w statusach na gadu-gadu. Spotkaliśmy się na kolejnym zjeździe, na wiosnę, w marcu chyba. Wtedy już czysto na niego polowałam. Czując nawet mniej niż teraz, nie oczekując niczego, nie wymagając niczego, ze względu na to, co czułam wcześniej poszłam z nim do łóżka. Pierwszy facet, z którym poszłam do łóżka. Polowałam na niego, można powiedzieć, mimo że pierwszą noc spędziłam z kolegą z pierwszego wyjazdu z którym bez problemu mogłabym stracić co mi się żewnie podobało. Wymyśliłam sobie jednak jego, a jak ogólnie wiadomo, ja zawsze dostaję to czego chcę. Wyjechał rano, ja wyszłam po wino i czekoladki i urządziłam sobie romantyczny dzień po pierwszym razie z facetem, któremu ani na mnie nie zależało, ani mi już szczególnie na nim. Co nie zmienia fakty, że kiedy zobaczyłam jego zdjęcie z tego zjazdu z jego byłą dziewczyną poziom mojego wzburzenia przeraził moich współlokatorów... tłukło się szkło, płynęło wino, a grono wcale nie usuwa znajomych przez przypadek... nieważne. Od marca do lipca kilka wiadomości, pewnie telefonów. Zaczęłam znów spotykać się z chłopakiem z liceum, którego do tej pory, mimo jego bycia chujem uważam za swój ideał. Podobno mózg tęskni do tego, czego nigdy do końca nie miał. Być może. Tak czy inaczej na pewno wydarzenia zwiazane z nim rozluźniły mnie w kwestii zwiazków bez zobowiązań. To były urodzajne w przeżycia wakacje. Chłopak z liceum, chłopak na żaglach i chłopak nad morzem, czyli on. Przez wakacje najbardziej wyłam do chłopaka z żagli, po wakacjach do chłopaka z liceum, a nad morzem czułam się jakbym była ze swoim przyjacielem, o którego momentami bywałam zazdrosna, ale zgodnie z tym, na co inny kolega zwrócił uwagę byłam z nim tylko okazjonalnie, wiedząc, że nie pasujemy do siebie kompletnie. "To dzieciak i idiota..." - skomentował szczerze Tomek, nie bez racji z resztą. Po morzu był rok kolejny, rozpoczęty wrześniową wizytą w Londynie i urzeraniem się z przeżyciami i uczuciami, które się z tego urodziły przez kolejny rok, urozmaicanymi pierwszym facetem z którym zamieszkałam i nieumiejętnością rozstania... Spotkaliśmy się w maju tamtego roku. Spędziliśmy majówkę u mnie, nad rzeką i nad książkami. Było genialnie. Motywował mnie do pracy, odpytywaliśmy się, dyskutowaliśmy, tłumaczyliśmy sobie różne aspekty prawa cywilnego. Wróciłam z jedym ze zdjęć z naszego pierwszego wspólnego wieczoru, chłopak z którym mieszkałam nawet tego nie skomentował. Wesele mojego brata. Chłopak z którym mieszkałam nie mógł pójść, czy to strasznie wredne, jeśli powiem, że się ucieszyłam ,że nie mógł? Spotkałam się z nim pod kościołem warszawskim, bo oczywiście z nim poszłam. Myślałam, że upadnie na mój widok, no przynajmniej się zachwiał. Spędziliśmy wesoło wieczór z moją rodziną, momentami zabawnie, chwilami na prawdę romantycznie. Przytulał mnie wtedy i nie chciał wypuścić. Mamy takie zdjęcie, świetne, idealne - odbicie w lustrze, kiedy schowani za drzwiami drugiej niż biesiadna sali tulimy się ukradkiem... celene oko Pani fotograf, piątka dla niej. To w czerwcu, pod koniec którego zemdlałam po raz pierwszy...straszne, najgorsze, najokropniejsze przeżycie. Przerażające. Płakałam z godzinę, po prostu się bojąc. Straciłam kontrolę. Taki zupełny moment utraty kontroli nad ciałem, świadomością i życiem. Anemia. Na egzamin z karnego poszłam nieprzygotowana. Niezdałam. Pod koniec lipca pojechaliśmy na żagle. Na pociąg odprowadził mnie chłopak, z którym mieszkałam. Na dworcu odebrał mnie on. To było urocze, kiedy w pociągu nie wiedział co zrobić, oboje nie wiedzieliśmy. On chciał się do mnie zbliżyć, próbował, jak dzieciak, na ile sobie może pozwolić. Obejmował mnie na chwilę i odchodził, głaskał po ręce, czy nodze i przestawał. Stopniowo, coraz bliżej, w końcu usiadł obok mnie, objął mnie i rejs spędziliśmy razem. Razem śpiąc, bawiąc się, kłócąc. Pierwsze nasze kłótnie. Nigdy wczśniej tak otwarcie się ze sobą nie kłóciliśmy. Rozbawia mnie sytuacja, kiedy on kultywując swój stary nawyk zostawił mnie i całą naszą załogę i postanowił integrować się z resztą i im pomagać, żeby nie czuli się opuszczeni...a my akurat zaplanowaliśmy scrable...zajrzał przez wejście, siedziałam od drugiej strony, wszedł przez forklapę (tak?!:), ja zmieniłam miejsce, na bliższe wejścia, przeszedł do wejścia, to ja znowu na najodleglejsze od niego...i tak 2-3 razy. Wściekł się, powiedział głośno idąc na inną łódkę, że jego załoga go nie chce...po zakończeniu skrabla poszliśmy wszyscy na szanty. Siedzieliśmy na przeciwko, ukradkiem robiłam mu zdjęcia nie widząc go dokładnie, on ukradkiem na mnie zerkał, co wyszło na zdjęciach, bo normalnie bym tego nie zauważyła. Patrzył na mnie smutny, siedział smutny. Podeszłam do niego. Odżył, przytulił mnie, był taki kochany...Tak minął nasz rejs. W pociągu powrotnym spałam na jego kolanach. Zaspana, a więc zupełnie szczerze niewinna powiedziałam, że ja chcę z nim być, że on nie musi być ze mną, że może robić, co chce, ale ja chcę być jego, być z nim. On jest wolny. Nie zgodził się. Nie chciał mojej wolności, nawet bez obowiązku wymiany. Zabronił mi przyjeżdżać, na zjazd, bo "jestem tam już umówiony"... nie przeszkadzało mi to, zabolało, ale tylko na chwilę i tylko trochę. Niczego przecież nie mogłam oczekiwać. Przez sierpień mieszkałam w Warszawie. Chodziłam na francuski, spotykałam się z chłopakiem z którym mieszkałam, sypiałam z nim, mimo że zdecydowaliśmy się na rozstanie. Czas, kiedy skończyłam to definitywnie zrównał się z czasem powrotu choroby. Zemdlałam znowu. W kościele. I to było poniekąd gorsze od pierwszego razu, choć na krócej straciłam przytomność. Ale tam nie mogłam się rozpłakać, nie mogłam nic. Usiadłam na chwilę, opanowałam drżenie, byłam cała mokra, rozdygotana. Chłopak z którym mieszkałam obrażony postanowił się do mnie nie odzywać. Leki kupował mi on, zakupy robił mi on ,kiedy zdażały się dni, że nie miałam siły wyjść z domu. Rozumiał mnie on, bo zrobiła mi się taka sama 'dziura w ciele', jaką on akurat miał, jakie miewał już wcześniej. Ja rozumiałam jego, doradzałam mu i wspierałam kiedy miał dać kosza z pożeglarskim "jesem tam już umówiony..." umówiony na niezobowiązujący sex, jak należy zaznaczyć...Ważne było dla mnie to, że on jest, jak rozmawiamy, jak jesteśmy przyjacielsko, blisko. Wspieramy się. Była taka noc, przed moim wyjazdem, kiedy on poszedł na imprezę. Ja nie mogłam się zdecydować czego chcę, czy chcę go spotkać, czy nie. Spotkałam się więce z chłopakiem, z którym mieszkałam kiedyś, u niego spędziłam pół wieczoru, nie pamietam, kochaliśmy się czy nie, pewnie tak... nad ranem pojechałam do domu, bo on miał mnie odwiedzić i w końcu spotkaliśmy się na Centralnym, jak 1,5 roku wcześniej. Tylko, że tym razem latem, ja z moim byłym, on ze swoim przyajcielem. Pojechaliśmy do mnie. Pół drogi nocnym ,pół pieszo. Dał mi swoją bluzę, żebym nie marzła. Położyliśmy się, kiedy świtało. Tak po prostu, on rano pojechał do domu, tradycyjnie oglądać F1 z tatą i bratem, po mnie przyjachał Mikołaj (chłopak z którym mieszkałam) i odprowadcził mnie na dworzec. We wrześniu poprawka, odwiedziny Mikołaja w Skarżysku. W październiku moje odwiedziny w Warszawie, noc spędzona u niego. Pierwsza noc spędzona u niego, w jego łóżku, z nim. Odprowadził mnie wtedy na dworzec rano. To chyba wtedy poczułam, że coś się w tym zmieniło. Nie spodziewałam się, że to zrobi. Nigdy nigdzie mnie nie ekspediował, jeśli nie miał w tym interesu. Teraz tak po prostu i stwierdził to tonem zupełnie oczywistym, odprowadził mnie na pociąg. W listopadzie przyjechał do mnie na dzień przed kolejnym zjazdem, na który pojechaliśmy razem. Nie jako para, ale razem. Poznał moją przyjaciółkę, która przed jego przyjazedm zastanawiała się jak ma poznać kogoś, kogo 'zna' ze szczegółami tak długo jak ja...jakoś jej się to udało. Spędziliśmy wieczór we troje. Wyjazd spędziliśmy razem. Kłócąc się, śpiąc razem, obrażając się na siebie, bawiąc się. Wróćiliśmy do Łodzi. Poszliśmy na obiad. Powiedziałam mu, nie pamiętam już dokładnie w jakim kontekście, żeby po prostu mnie sobie wziął, zatrzymał przy sobie, nie pozwolił odejść, stał się romantykiem, kochającym facetem. Wściekł się. Wściekł się na prawdę. Tak do końca wciąż nie rozumiem, co w nim wtedy obudziło taką złość. Złość na samego siebie bardziej niż na mnie, choć na mnie też, uruchomioną tymi słowami. W jego oczach był ogień, furia, ale też błyszczały mu łzami. Nigdy go takiego nie widziałam. Szliśmy obok siebie. Szliśmy na tramwaj. Palił. W tramwaju przytulił mnie nagle, bardzo mocno. Wysiedliśmy i znów zaczęliśmy się kłócić. Nawet nie wiem o co, on mi chyba kazał zatrzymać jego, walczyć o niego, bo on nie potrafi. Często mi tak każe, więc bardzo możliwe, że i wtedy tym mnie rozwścieczył. I powiedziałam mu wszystko, wszystko, co mnie zraniło, co mi robił za każdym razem bawiąc się moimi uczuciami i kosztem moich uczuć, przysuwając do siebie i zostawiając nagle. Popłakałam się w końcu, a on mnie przytulił. Wypłacił pieniądze, ale nie pojechał od razu. Poszliśmy na kawę. Wtedy dałam mu wybór, albo jesteśmy razem, albo to koniec, koniec naszej bliskości, zwłaszcza tej fizycznej, wspólnie spędzonych nocy. Wracamy do spotkań i kontaktu ze średnim natężeniem raz na pół roku. Miałam dość niezdecydowania, niezmiennie to najbardziej mnie wkurza i nie pozwala mi normalnie funkcjonować. Teraz też...niestety. Podjął jednak wtedy decyzję, której się nie spodziewałam. Stwierdził, że chce ze mną być. Zapytałam, czy na pewno, niedowierzając, poprosił o kilka dni na zastanowienie, ale że raczej tak, że jest zdecydowany. Zapytałam go następnego, czy po kilku następnych dniach, jak w końcu, ostatecznie z nami jest. Stwierdził, że jesteśmy razem. Więc byliśmy. Kłócąc się, godząc, spotykając w weekendy i w ciągu tygodnia czasem. Byliśmy razem na Sylwestrze, a potem na nartach. Potrafiliśmy się doprowadzać do płaczu, do prawdziwych łez, bólu, sprawiać sobie przykrości. Oboje nas toczy ciągła, powracająca wątpliwość, czy to właśnie to, czy to właśnie tak. Czy to właśnie miłość? Nie wiem, nie potrafię odpowiedzieć. Patrzę tylko na tę górę tekstu, przeglądam stertę swoich wspomnień z nim związanych i chociaż to głupi zabrzmi czuję się jakby to było moje życie. Opowiadając to, czuję się tak, jak wtedy kiedy rodzice opowiadają mi o tym, co sami przeszli. Patrząc na to wszystko z dystansu mam takie nieokreślone poczucie. Poczucie, że to wcale nie był stracony czas, że te wszystkie momenty składają się w jedną całość, że to wszystko co się działo, było jak puzzle układanki, idealnie dopasowane, poukładane właśnie tak, jak powinny być. Właśnie w takiej kolejności, wszystkie tak jak powinny być, wszystko tak jak powinno być. Wszystko to, co od listopada, a i poniekąd sam listopad to historia najnowsza i jeszcze za mało się 'uleżała', żeby ją opowiadać. Znaczenie nie wszystkich wydarzeń da się jeszcze oceniać, to historia, która wciąż się pisze, jak widać... Artur, wiem, że może nie wiele, ale kilka z tego, co tu napisane może Cie zranić. Ale jesteś, jak widać, jedną z najważniejszych części mojego życia. Ukształtowałeś mnie jakoś, dalej pewnie jakoś kształtuję się dzięki Tobie. Mam nadzieję, że Ty przy mnie też, że też odnajdujesz przez ten czas, przez ten przekrój jakieś zmiany w sobie, przemyślenia do któych skłoniłam Ciebie ja. Bardzo chciałabym, żeby tak było. Chciałabym być częścią Twojego życia, prawie od zawsze, tak jak Ty mojego jesteś. Nie wiem, jak to się dalej potoczy. Nie chcę odawać, że jestem kwitnąco zakochana. 2 lata, ponad 2 lata, to taki czas kiedy związki przeżywają swój pierwszy kryzys, taki prawdziwy, przynajmniej tak mi się wydaje. Albo go przetrwamy i wykluje się z tego, coś niesamowitego, przejdziemy na poziom wyżej, albo zamknięcie tego rozdziału, który czuję, że chyli się ku końcowi, będzie zamknięciem całej tej książki, która ma dla mnie skórzaną oprawę i metalowe okucia... musi być solidna, w końcu zawiera dobry kawałek mojego najcenniejszego pod słońcem życia. Kocham Cię, miłością, którą tylko Ciebie kocham. Uczuciem, które stworzyło się po tych wszystkich przeżyciach, wydarzeniach, sporach i kryzysach do Artura Ha. Nie wiem, co dalej, wiem, że teraz się kończy pewna epoka. Mam nadzieję, że Ty też to czujesz i kiedy przyjdzie czas, że to pęknie, pęknie w nas obojgu i przeniesiemy się na wyższy poziom, razem, czy osobno... poplatanyumysl 2010-01-29 05:26:34 skomentuj (0) dobrze,że jest. cudo! cudnie! cudownie! i moze to niepoprawne politycznie i takie ograniczone, małomiasteczkowe, nudne... ale mogłabym mając fajną pracę, po studiach wrócić do rodzinnego miasta! mogłabym i chciała! na początek to idealny początek! sielankowo jak w Mickiewiczu! jest mi tu dobrze, doooooooooobrzeeeeeeee, niewyobrażalnie, niesłychanie, niewysłowienie, przeciągle doooobrze.... rozpływam się rozluźniam, znów chcę, powoli i spokojnie, chcieć. wszystkiego. tu jest takie miejsce, taki fotel, wygodny i ciepły, z któego z dystansem obserwuje się ten nudnie pędzący świat. można się zatrzymać, złapać dystans, spoglądać i zdecydować co ja właściwie z tego biegu chcę, co jest moje, a co mnie obojętne. zbędne, niepotrzebne. co ważne. nie ma rzeczy bez której nie można się obejść. i tu to wiem. w tym miejscu to wiem. w tym czasie. jest mi dobrze. tak dobrze. tak strasznie dobrze. kolega mówi: 'mógłbym umrzeć, wiec mogłoby nie być, a jest' ale właściwie po co te wielkie, patetyczne do krańców, o kresie słowa? czy nie można po prostu cieszyć się, że coś jest? bo jest. a mogłoby nie być. ale jest, tyle ile by nie było. dobrze, wiec ile by nie było dobrze, że jest. bo dobrze, że dobro jest, nawet mało. chyba że źle jest, ale źle jest tylko dlatego, że chce się więcej. samemu się chce, wymaga, oczekuje. a to źle! dopiero źle! bo jak jest nawet mało dobrze, to już dobrze powinno być. radośnie, szczęśliwie, świetnie! bo JEST!! 2 godziny łyżew z tatą godzina basenu z samą sobą godzina sauny w dobrym towarzystwie czyż nie można się cieszyć, że to wszystko jest? jak cudownie, że jest! cziłała, czał :) poplatanyumysl 2010-01-24 22:58:31 skomentuj (0) sobotni poranek w wiktoriańskim londynie sobotni poranek. słoneczny poranek. prawie 5 godzinek snu. prysznic. śniadanie. bieg na uczelnię. powtórka. pytanie 1, 2... pytania moje. 3 dni nauki. dzień, noc, poranek, popołudnie, wieczór, noc, nadranek. kamienica, piec kaflowy, piec gazowy, zimna woda. rozmowy. 10 minut egzaminowania 0 pytań ze ścisłej kryminalistyki 3 panów z katedry kryminalistyki robiący sobie ze mnie i ze mną totalną pompę. ocena końcowa: 4 , wystarczy Pani? przeżywanie tego przezabawnego, jak zawsze w tej katedrze, wydarzenia - BEZCENNE!! a teraz chcę do kina! na Sherlocka - z którego większość pytań... :D na Nine! - kobiety, kobiety, kobiecośc! Avatar - bo podobno trzeba zobaczyć tę nową jakoś, technikę i niebeskie ludki :P Watson! What have you done?! poplatanyumysl 2010-01-23 12:41:56 skomentuj (0) i cóż, że ze szwecji?! taka sobie jestem, jestem taka sobie. , a właściwie '?', właściwiej? fajne dni, dużo kobiecości w aurze. rozważam przeprowadzkę, zdecyduję po powrocie do domu. jedno jest pewne, czeka mnie kultywacja nauki w w miejscach publicznych, na wygodnych fotelach, na kawie, w galerii, albo innym centrum. tyle ile wtedy robię, nie robię przez żaden moment dnia. tak jest wszystko! jest dobra kawa, jest gwar i szum, są wygodne fotele i wystrój o odpowiedniej tonacji, także, a może zwłaszcza kolorystycznej. spokój. wygodne łóżko, ciepły pokój, ładne sny. dorastam. modeluję. czerpię. trochę żałuję, że od marca to już nie będzie raczej możliwe. do marca raczej też nie. choć kto wie, może ja stanę się częścią tej kamienicy. zawsze marzyło mi się, od przybycia do tego miasta w centralnej Polsce, by zostać kamienicznikiem. mam niepowtarzalną okazję. żal nie wykorzystać. aż głpio się przyznać, że się tego obawiam, prawda? jak każdy człowiek boję się zmiany, nawet na lepsze, może zwłaszcza na lepsze. ona tak bardzo obca i nieznana. skorzystam. postanowione! zawsze chciałam! skoro postanowiłam zostać, to chcę tutaj wykorzystać wszystkie możliwe możliwości! głupio powiedzieć, oby tylko to było możliwe, bo to tak bardzo moje chciejstwa natury, że tak powiem 'luksusowej' sprzęga z cudzym życiem... nie do końca chcę je sprzęgać aż tak z kimkolwiek. nie lubię. nigdy nie lubiłam, teraz wiem to na pewno, przekonuję się, upewniam. tak bardzo każdego dnia odkrywam siebie na nowo. tak bardzo za tym tęskniłam. rodzi i rodziło to pewną obawę! bo co dalej?! gdy nagle znikają wszystkie bazgroły, mazaje i podejmuję decyzje bycia znów pustą kartką. samotność? trochę odczuwalna. oglądałam ostatnio wywiad z Pawlikowską. też o samotności. ładnie dobrane słowa stworzyły obraz, który kazał mi się zastanowić, czy ja tak nie czuję. tak strasznie społecznie jesteśmy skażeni - i to już moje słowa. mówią, a jeśli nawet nie to sugerują nam, jak mamy czuć i myśleć. i można o tym nie wiedzieć, można się nad tym nie zastanawiać. ale wystarczy się nagle, znienacka zapytać, co z tego należy do mnie, wygenerowane jest przeze mnie, a co z tego jest jako jedna z prawd do wyboru, która brzmiała najlepiej, pasowała do koncepcji, albo jakiej byśmy sobie życzyli, niekoniecznie prawdziwej, realnej, wewnętrznie niesprzecznej. i tak też, ja ostatnio wcale nie muszę być silna i niezależna. przede wszystkim dlatego, że nie jestem. nie udawałam wcześniej, myślałam że byłam. choć może jestem, ale w bardziej agresywny sposób niż chciałabym być. stale walcząc o tę swoją siłę samej ze sobą. niezależna, chyba tak. nie zastanawiałam się do końca. z przedmkiem 'nie', to niestaranna. to na pewno, czego nie wiedziałam wcześniej. szczególnie w doborze garderoby i makijażu. i to moja wada. to mi się we mnie nie podoba. wolałabym bardziej. umieć cierpliwie, skrupulatnie, dokładnie nakładać warstwy niewidocznego, estatycznego makijażu, a potem tego widocznego... zamiast pac, pac, puff, smar (bez 'k'!) i po robocie... chciałabym mieć w głowie obraz swojej szafy, możliwych i dostępnych konfiguracji, klasyfikacji, co klasyczne, co mniej, co z czym, zamiast tworzyć spontanicznie każdego dnia. dobieram jakoś, pewnie. ale nie wiem, jakie są kanony, jakie zasady. trochę przez to też chciałam prowokować, czynić swój nonkonformizm, ale mam ostatnio tendencję do dostosowania. choć z drugiej strony agresywną niechęcią do tego pałam. ..... wzięłam prysznic. ależ mój nastrój ostatnio szybko się zmienia. mam momenty frustracji. miewam. poza tym jest wybitnie, szampańsko i zaczyna być tak, jak zawsze chciałam żeby było! nie wiem, czy publikować... wrzucę, najwyżej skasuje. aktualnie całemu temu wpisowi jestem niechętna. chyba nie był z serca, a takie się nie liczą. bleh. no dobra, idę zająć dobre miejsce z widokiem na gniazda, wróbelki i dziedziniec. oraz oczywiście na piękne, niebieskie niebo, jakie mnie dziś zaszczyciło!! słonecznie! cudownie! poplatanyumysl 2010-01-22 11:03:25 skomentuj (0) chemafi, chcę ciebie. to już nie to. ogarnęło mnie jakieś zawirowanie czasowe o woni sentymentalizmu. nuda. przyjemna i sympatyczna. z kolanami pod brodą, stopami na obiciu fotela, odpłyniętym spojrzeniu, dźwiękach udźwiękowionych. wystarczyła wizualizacja. sentyment został, wszystko inne przeszło. to już nie to samo. nic już nie ma. dziwi. jego bardziej niż mnie, choć dziś i mnie zaczęło. pierwszy raz zapoznałam się egocentrycznie z efektem jojo. 'jesteś wszystkim czego dotychczas nie znałam' stałam się tym, czego wczesniej nie znałam, nie potrafiłam, choć chciałam. ciepło, dystans, noce. wtulone i naukowe. nieprzespane. w swoim łóżku, nagle tak obszernym. poranki pełniejsze mroku, niż ciemna noc bez świateł. polubiłam to. nie przyzwyczaiłam się. nie pytaj o instrukcję. po co to? przecież tak jest wystarczająco. tak jest dobrze. wcale nie chcę Cię teraz widzieć. nie tęsknię. nawet nie za wiele myślę. żyję. życie. tempus fugit. spotykam ludzi, rozwijam się, powoli osiadam. w tym dobrym znaczeniu. szalik na walentynki. fioletowy. jakby z rozżaleniem, że fioletowy. czy tak na prawdę to coś zmienia? robi różnicę? przecież można zapomnieć, cofnąć czas, przestawić zegarek, nie spać, rozmawiać, dotykać, czuć, niewyobrażalnie, sennie, śmielej, z uśmiechem, rozluźnieniem, moim slangowym czilałatem, w odprężeniu. jeszcze nie teraz. jeszcze trochę czasu, o ile w ogóle. nie trzeba niczego formalizować, konkretyzować, wiedzieć, żeby być. och, ach. siedziba. siedzę. noc już zaplanowana w nie swoim łóżku. jutrzejsza też. i cieszę się, że Ty nie wiesz gdzie. zazdrosny nawet o Pana Romualda! ciekawe jak on się dostanie tam gdzie ja dziś będę spać. zobaczymy jak szerokie macie kontakty i jak dobrze konszachtujecie. och, ten milczący romantyk. Ty, czy Pan Romuald? a z kim więcej czasu spędzam? muszę! : :D aha, cytując Wenę ' i nigdy już nie powiem >my, chcemy uciec stąd<' bo ja już bardzo chcę zostać!! dostąpiła mnie wczoraj wspaniała dyskusja. o erasmusie i wszelkich problemach egzystencjalnych z jakimi jak się okazało jestem kompletnie nie zindywidualnizowaną jednostką. no ja wiem jedno! ZOSTAJĘ!! Chemafi - TeTris - Dwuznacznie uczę się kryminalistyki, całą dzisiejszą noc i jutrzejszą też! nie z Tobą ta noc, Kochanie :* uwielbiam Cię! próbuj dalej... poplatanyumysl 2010-01-20 15:50:28 skomentuj (0) |
Do you wanna fries with that? Mieszkanie. remonty i remanenty, przemeblowania na próbę. Rosolhinio! nie ma co snuć epitafiów, oto rodzą się poeci!! Agir zakochana szczęśliwie, jak jasna cholera! drugi dom. paragrafy, artykuły, lansy, luzy, kolokwia i przyjaciele! c'moi! all in one! Pole szeptów guru mój.mistrz Człowieczeństwa! Babcia Ula nie moja, ale i tak ją kocham! ;p Poczekaj, poczytaj! no nie! Flint-elekt Czysty intelekt. |